Okrutnie reglamentowany internet, nie sprzyja niestety zamieszczaniu codziennych postów, ale znowu nadrobię hurtem..
Nazwa w tytule, to tak naprawdę pełna nazwa Bangkoku i tym samym najdłuższa nazwa geograficzna na świecie. Chwała Buddzie, że w potocznym języku ją skrócili, bo niezmiernie trudno byłoby zamówić taksówkę z lotniska..
Trochę się nadziało od ostatniego postu. Jakiś czas temu, pojawiła się tu delikatna schiza na punkcie zamachów terrorystycznych. W szczególności w miejscach , gdzie mogą przebywać obywatele US of A. Większość ambasad krajów europejskich, również zamieściło apele i ostrzeżenia do swych krajanów. Nie bardzo się tym przejeliśmy, ale ze względu na częsty widok pozostawianych toreb i niezidentyfikowanych bagaży w metrze, na jakiś czas zrezygnowaliśmy z komunikacji miejskiej na rzecz pełnych przygód podróży taksówkami i tuktukami. Taksówki są tanie, w większości „nówki sztuki” i ze zrozumieniem zabierają nawet dwie warstwy pasażerów (drugą warstwę na kolanach). Ostatnio wracaliśmy upchani w 8 osób + kierowca, w Toyocie Corolli. Dodatkowym urozmaiceniem jest, kaleidoskopowa różnorodność osób owymi pojazdami kierujących. Trafiali nam się kolejno: pan hodujący paznokcie, który trzymając kierownice rysował nimi przednią szybę, pan obwieszony złotem i sygnetami, namiętnie podśpiewujący tajskie przeboje disco czy demonicznie śmiejący się panowie z piekielnie przekrwionymi oczami (dwukrotnie). Przy okazji, okrutnie niezrozumiałym jest dla mnie potok słów jaki musi się wylać w konwersacji pomiędzy Tajami tłumaczącymi sobie wskazówki dojazdu. GPS-ów tu niestety nie znaju.. Wielokrotnie trafiając w złe miejsce, podawaliśmy kierowcy słuchawkę, aby ktoś mu wytłumaczył gdzie dokładnie chcemy trafić. Najczęsciej jest to kolejna przecznica, albo adres różniący się jedną cyferką. Czas jaki zwykle upływa im na rozmowie, wystarczyłby Polakom na szczegółowe opisanie trasy z Warszawy do Budapesztu.
Do Tajów nabrałem zresztą ostatnio pewnych uprzedzeń. Po prawie dwóch miesiącach w Bangkoku , mieliśmy okazje napotkać przeróżne zachowania i gesty. Nieszczęsliwym trafem, w ostatnim tygodniu, mieliśmy całą masę nieprzyjemnych zdarzeń, z udziałem „lokalsów”..
Jest, powiedzenie, że jeśli Taj chce Cie oszukać, to przynajmniej, w odróżnieniu od ościennych nacji zrobi to w dobrej atmosferze i z uśmiechem na ustach. O ile ta maksyma, sprawdza się np. w przypadku taksówkarzy (ci najmilsi zawożą nas zwykle na okrętkę), to ostatnie sytuacje zdecydowanie nie pasowały do tego stereotypu. Zaczęło się od Ping-Pong show, w czerwonej dzielnicy, na który bezsensownie daliśmy się namówić. Monia widziała, ów absurdalny spektakl już wcześniej na Patai, ale postanowiliśmy „nacieszyć” nim oczy raz jeszcze.. Ogólnie polega to na tym, że po wejściu w najciemniejszy zakątek, najciemniejszej ulicy na Patpong, prowadzeni jesteśmy do obskurnego baru, na którego środku swe wdzięki eksponują wątpliwej płci i wieku Tajskie kurtyzany.. Następnie te pulchne i nieco podstarzałe jawnogrzesznice rozpoczynają pokaz, w którym grają w ping-ponga, strzałki, otwierają butelki z piwem, czy strzelają bananami. Wypada dodać, że robią to wszystko bez użycia rąk.. Monia miała przyjemność oberwać bananem, strzałką a następnie lepką(sic!) piłeczką do ping-ponga.. Papierosy palą również nie używając ust, ale nieco podobnego w kształcie fragmentu ciała. Smialiśmy się, że gdyby ten sposób się rozpowszechnił, to przynajmniej zabawniej wyglądałyby ostrzeżenia na papierosach, występujące w Azji pod postacią obrazków i zdjęc. Najmniej zabawnie wyglądało płacenie rachunku, który był kilkakrotnie zawyżony, a na pierwsze słowa prostestu zostaliśmy otoczeniu grupką wytatuowanych i nader złowrogo wyglądających Tajów. Co najdziwniejsze, to wcale a wcale się nie uśmiechali.. Znając ich skłonności do używania maczet, wyskoczyliśmy ze wszystkiego co miałem w portfelu, nie prowadząc zbyt długich negocjacji.. Z późniejszych opowieści, wywnioskowaliśmy, ze i tak nie było to zbyt bolesne finansowo, jako, że poznany niedawno Wietnamczyko-Francuz został kiedyś zamknięty w podobnym przybytku z tatą i wujkiem na okres dwóch godzin. Wypuścili ich dopiero po tym, jak przyjechał ich znajomy i opłacił rachunek opiewający na bagatela 35.000bht (równowartość 3500pln).. Jedyny plus, z tej eskapady, to to, że Monia obiecała wyuczyć się kilku trików, które tam podpatrzyła.
Zdaje się ,że tego typu sytuacje mają miejsce tylko w zatłoczonych i popularnych turystycznie zakątkach Bangkoku. Dwa dni temu wybraliśmy się po raz n-ty zobaczyć wszystkie najważniejsze świątynie, w tym Pałac Królewski oraz leżącego i szmaragdowego Buddę. Ambitnie postanowiliśmy, odwiedzić je po kolei łodką, a własciwie gigantyczną silnikową gondolą. Dodatkową atrakcją, miał być mijany wzdłuż kanału „floating market”, czyli niewiasty w łódkach sprzedające kwiaty, świeże owoce i kulinarne rarytasy.. Podsumowując, babka która sprzedawała nam wycieczkę zapomniała napomknąć, że 2 z 3 świątyń na trasie są w danym dniu zamknięte dla turystów, a floating market ogranicza się do jednej łódki sterowanej przez stuletnią starowinkę, która sprzedaje wszystko po 3 krotnie zawyżonych cenach. Na domiar złego, sprzedawała tylko ciepłe piwo, ofoliowane bułki i badziewne plastikowe figurki jaszczurek.. Miazga.. Ukontentowani widokiem jednej świątyni ,rozpadających się ruder, pływających kaloszy i plam oleju, wysiedliśmy na pomoście po to tylko, żeby jakieś wielkie, opasłe babsko wcisnęło mi w ręce trzy woreczki z kukurydzą na popcorn. Usiłowałem jej to kilkakrotnie oddać, ale schowała ręce do tyłu i z życzeniami Happy New Year oddaliła się na pobliską ławeczkę. Myślałem, że to jakaś nawiedzona baba, która chce się podzielić swoją pasją karmienia gołebi. Coś w podobnie tej siwej, brudnej staruszki z Central Parku z Kevina w Nowym Jorku.. Mimo, że zamiast na karmieniu, skoncentrowaliśmy się na mapie to po 3min przyszła z powrotem i zaczęła drzeć mordę; „Moneeeeey, Moneeeey, Giveeeee Moneeeey”. Wydzierała się jakby ktoś jej wetknął w tyłek kołek osikowy i zwracała przy okazji uwagę przechodniów i policji. Pomni, wcześniejszych doświadczeń postanowiliśmy jej coś jednak zapłacić. Co prawda z 300bht które sobie zażyczyła, stanęło na 20, to jednak niesmak pozostał.. W sytuacji, w której podeszłaby policja, babsztyl miał tą przewagę, że woreczki leżały obok nas.. W ogóle, to policja zatrzymywała mnie już cztery razy, i ani razu nie byli specjalnie uprzejmi. Dwa razy przetrzepali mnie od góry do dołu, łącznie z każdą kieszonką w portfelu. Widziałem przejmujący żal w ich oczach, po tym jak nic nie znaleźli. Innym razem dwurotnie grozili nam aresztem i chcieli wlepić gigantyczną grzywnę za zaśmiecanie ulicy. Problem w tym, że za pierwszym razem śmieci nie były nasze i tylko leżały obok a za drugim policjant jakimś cudem się nie dopatrzył, że jednak wyrzucam śmieci do kosza. Musieliśmy z nim podejść i zlokalizować oraz wygrzebać umieszczoną w nim foliówkę z seven-eleven.. Masakra..
Ale to tyle, o ostatnich nieprzyjaznych zachowaniach tubylców. No co dzień, przeważają uprzejme i przyjazne gesty, a w centrach handlowych czy restauracjach jesteśmy obsługiwani zawsze z szacunkiem, ukłonami i innymi bajerami. Po incydencie z babą od kukurydzy, jeszcze tego samego dnia napotkaliśmy Taja, który wręczył nam za friko 3 bilety na walki Muay Thai o wartości 1500bht.
To póki co tyle i jako, że w Tajlandii jest obecnie rok 2555 (a 5 czyta się jako Ha), to szczęsliwego Ha Ha Ha, raz jeszcze!
Za kilkanaście dni Australia, ale w międzyczasie jeszcze newsy z BKK.
Salut!





