To be continued..

Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit czyli Bangkok Ciąg Dalszy

Okrutnie reglamentowany internet, nie sprzyja niestety zamieszczaniu codziennych postów, ale znowu nadrobię hurtem..

Nazwa w tytule, to tak naprawdę pełna nazwa Bangkoku i tym samym najdłuższa nazwa geograficzna na świecie. Chwała Buddzie, że w potocznym języku ją skrócili, bo niezmiernie trudno byłoby zamówić taksówkę z lotniska..

Trochę się nadziało od ostatniego postu. Jakiś czas temu, pojawiła się tu delikatna schiza na punkcie zamachów terrorystycznych. W szczególności w miejscach , gdzie mogą przebywać obywatele US of A. Większość ambasad krajów europejskich, również zamieściło apele i ostrzeżenia do swych krajanów. Nie bardzo się tym przejeliśmy, ale ze względu na częsty widok pozostawianych toreb i niezidentyfikowanych bagaży w metrze, na jakiś czas zrezygnowaliśmy z komunikacji miejskiej na rzecz pełnych przygód podróży taksówkami i tuktukami. Taksówki są tanie, w większości „nówki sztuki” i ze zrozumieniem zabierają nawet dwie warstwy pasażerów (drugą warstwę na kolanach). Ostatnio wracaliśmy upchani w 8 osób + kierowca, w Toyocie Corolli.  Dodatkowym urozmaiceniem jest, kaleidoskopowa różnorodność osób owymi pojazdami kierujących. Trafiali nam się kolejno: pan hodujący paznokcie, który trzymając kierownice rysował nimi przednią szybę, pan obwieszony złotem i sygnetami, namiętnie podśpiewujący tajskie przeboje disco czy demonicznie śmiejący się panowie z piekielnie przekrwionymi oczami (dwukrotnie).  Przy okazji, okrutnie niezrozumiałym jest dla mnie potok słów jaki musi się wylać w konwersacji pomiędzy Tajami tłumaczącymi sobie wskazówki dojazdu. GPS-ów tu niestety nie znaju.. Wielokrotnie trafiając w złe miejsce, podawaliśmy kierowcy słuchawkę, aby ktoś mu wytłumaczył gdzie dokładnie chcemy trafić. Najczęsciej jest to kolejna przecznica, albo adres różniący się jedną cyferką. Czas jaki zwykle upływa im na rozmowie, wystarczyłby Polakom na szczegółowe opisanie trasy z Warszawy do Budapesztu.

Do Tajów nabrałem zresztą ostatnio pewnych uprzedzeń. Po prawie dwóch miesiącach w Bangkoku , mieliśmy okazje napotkać przeróżne zachowania i gesty. Nieszczęsliwym trafem, w ostatnim tygodniu, mieliśmy całą masę nieprzyjemnych zdarzeń, z udziałem „lokalsów”..

Jest, powiedzenie, że jeśli Taj chce Cie oszukać, to przynajmniej, w odróżnieniu od ościennych nacji zrobi to w dobrej atmosferze i z uśmiechem na ustach. O ile ta maksyma, sprawdza się np. w przypadku taksówkarzy (ci najmilsi zawożą nas zwykle na okrętkę), to ostatnie sytuacje zdecydowanie nie pasowały do tego stereotypu. Zaczęło się od Ping-Pong show,  w czerwonej dzielnicy, na który bezsensownie daliśmy się namówić. Monia widziała, ów absurdalny spektakl już wcześniej na Patai, ale postanowiliśmy „nacieszyć” nim oczy raz jeszcze.. Ogólnie polega to na tym, że po wejściu w najciemniejszy zakątek, najciemniejszej ulicy na Patpong, prowadzeni jesteśmy do obskurnego baru, na którego środku swe wdzięki eksponują wątpliwej płci i wieku Tajskie kurtyzany.. Następnie te pulchne i nieco podstarzałe jawnogrzesznice rozpoczynają pokaz, w którym grają w ping-ponga, strzałki, otwierają butelki z piwem, czy strzelają bananami. Wypada dodać, że robią to wszystko bez użycia rąk.. Monia miała przyjemność oberwać bananem, strzałką a następnie lepką(sic!) piłeczką do ping-ponga.. Papierosy palą również nie używając ust, ale nieco podobnego w kształcie fragmentu ciała. Smialiśmy się, że gdyby ten sposób się rozpowszechnił, to przynajmniej zabawniej wyglądałyby ostrzeżenia na papierosach, występujące w Azji pod postacią obrazków i zdjęc. Najmniej zabawnie wyglądało płacenie rachunku, który był kilkakrotnie zawyżony, a na pierwsze słowa prostestu zostaliśmy otoczeniu grupką wytatuowanych i nader złowrogo wyglądających Tajów. Co najdziwniejsze, to wcale a wcale się nie uśmiechali.. Znając ich skłonności do używania maczet, wyskoczyliśmy ze wszystkiego co miałem w portfelu, nie prowadząc zbyt długich negocjacji.. Z późniejszych opowieści, wywnioskowaliśmy, ze i tak nie było to zbyt bolesne finansowo, jako, że poznany niedawno Wietnamczyko-Francuz został kiedyś zamknięty w podobnym przybytku z tatą i wujkiem na okres dwóch godzin. Wypuścili ich dopiero po tym, jak przyjechał ich znajomy i opłacił rachunek opiewający na bagatela 35.000bht (równowartość 3500pln).. Jedyny plus, z tej eskapady, to to, że Monia obiecała wyuczyć się kilku trików, które tam podpatrzyła.

Zdaje się ,że tego typu sytuacje mają miejsce tylko w zatłoczonych i popularnych turystycznie zakątkach Bangkoku. Dwa dni temu wybraliśmy się po raz n-ty zobaczyć wszystkie najważniejsze świątynie, w tym Pałac Królewski oraz leżącego i szmaragdowego Buddę. Ambitnie postanowiliśmy, odwiedzić je po kolei łodką, a własciwie gigantyczną silnikową gondolą. Dodatkową atrakcją, miał być mijany wzdłuż kanału „floating market”, czyli niewiasty w łódkach sprzedające kwiaty, świeże owoce i kulinarne rarytasy.. Podsumowując, babka która sprzedawała nam wycieczkę zapomniała napomknąć, że 2 z 3 świątyń na trasie są w danym dniu zamknięte dla turystów, a floating market ogranicza się do jednej łódki sterowanej przez stuletnią starowinkę, która sprzedaje wszystko po 3 krotnie zawyżonych cenach. Na domiar złego, sprzedawała tylko ciepłe piwo, ofoliowane bułki i badziewne plastikowe figurki jaszczurek.. Miazga..  Ukontentowani widokiem jednej świątyni ,rozpadających się ruder, pływających kaloszy i plam oleju, wysiedliśmy na pomoście po to tylko, żeby jakieś wielkie, opasłe babsko wcisnęło mi w ręce trzy woreczki z kukurydzą na popcorn. Usiłowałem jej to kilkakrotnie oddać, ale schowała ręce do tyłu i z życzeniami Happy New Year oddaliła się na pobliską ławeczkę. Myślałem, że to jakaś nawiedzona baba, która chce się podzielić swoją pasją karmienia gołebi. Coś w podobnie tej siwej, brudnej staruszki z Central Parku z Kevina w Nowym Jorku..  Mimo, że zamiast na karmieniu, skoncentrowaliśmy się na mapie to po 3min przyszła z powrotem i zaczęła drzeć mordę; „Moneeeeey, Moneeeey, Giveeeee Moneeeey”. Wydzierała się jakby ktoś jej wetknął w tyłek kołek osikowy i zwracała przy okazji uwagę przechodniów i policji. Pomni, wcześniejszych doświadczeń postanowiliśmy jej coś jednak zapłacić. Co prawda z 300bht które sobie zażyczyła, stanęło na 20, to jednak niesmak pozostał.. W sytuacji, w której podeszłaby policja, babsztyl miał tą przewagę, że woreczki leżały obok nas.. W ogóle, to policja zatrzymywała mnie już cztery razy, i ani razu nie byli specjalnie uprzejmi. Dwa razy przetrzepali mnie od góry do dołu, łącznie z każdą kieszonką w portfelu. Widziałem przejmujący żal w ich oczach, po tym jak nic nie znaleźli. Innym razem dwurotnie grozili nam aresztem i chcieli wlepić gigantyczną grzywnę za zaśmiecanie ulicy. Problem w tym, że za pierwszym razem śmieci nie były nasze i tylko leżały obok a za drugim policjant jakimś cudem się nie dopatrzył, że jednak wyrzucam śmieci do kosza. Musieliśmy z nim podejść i zlokalizować oraz wygrzebać umieszczoną w nim foliówkę z seven-eleven.. Masakra..

Ale to tyle, o ostatnich nieprzyjaznych zachowaniach tubylców. No co dzień, przeważają uprzejme i przyjazne gesty, a w centrach handlowych czy restauracjach jesteśmy obsługiwani zawsze z szacunkiem, ukłonami i innymi bajerami. Po incydencie z babą od kukurydzy, jeszcze tego samego dnia napotkaliśmy Taja, który wręczył nam za friko 3 bilety na walki Muay Thai o wartości 1500bht.

To póki co tyle i jako, że w Tajlandii jest obecnie rok 2555 (a 5 czyta się jako Ha), to szczęsliwego Ha Ha Ha, raz jeszcze!

Za kilkanaście dni Australia, ale w międzyczasie jeszcze newsy z BKK.

Salut!

Singha-Pure czyli Prawo, Sprawiedliwość i Bezosobowość

Z Singapuru, napiszę w telegraficznym skrócie bo byłem w nim zbyt krótko, żeby jakoś wystarczająco nasiąknąć. Może to i dobrze, bo z moimi nawykami prędzej czy później wylądowałbym w więzieniu albo przynajmniej zasłużył na porządną chłostę.. Rygorystyczne i twardo egzekwowane przepisy, co prawda sprawiają ,że Singapur cieszy się opinią najczystszego i najbezpieczniejszego Państwa na świecie, ale na dłuższą metę czułbym się tam pewnie zniewolony.. Już w trakcie tych kilku dni, korciło mnie ,żeby porobić coś na przekór i zobaczyć co się stanie.. Prawo singapurskie obfituje w cały szereg zapisków o tym czego nie wolno.. Wśród nich, warto wymienić, zakaz żucia gumy, zakaz plucia, zakaz palenia, zakaz jedzenia i picia w środkach komunikacji, zakaz karmienia ptaków, zakaz żartowania z religii i polityki, zakaz oddawania moczu w parkach i windach itd. Itd. Za wszystko grożą wysokie kary, w okolicach 1000USD. Za nie spuszczenie wody w publicznej toalecie, potraktują nas trochę łagodniej: 150USD. Za rozboje, narkotyki i inne hocki klocki, grozi zazwyczaj kara śmierci. A w szkołach publicznych nadal mają kary cielesne. Szybko doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie.. Trzeba natomiast przyznać racje, że wszystkie te nakazy i zakazy są niewiarygodnie skuteczne.. W parkach ,trawa jest bardziej zadbana i „zieleńsza” niż na każdym polskim stadionie, publiczne toalety rodem z Wersalu a z chodników można by konsumować. No cóż..Coś za coś..

Dodatkowo, społeczeństwo Singapuru wydało mi się na pierwszy rzut oka takie nazbyt schludne, ułożone i uporządkowane. Wszyscy wyprostowani, wyprasowani i wykrochmaleni. Aż jakieś to wszystko nieludzkie.. Dodatkowo wszyscy biegają i masowo uprawiają aktywność fizyczną w przestrzeni publicznej. Infrastruktura sportowa kosmiczna i dziesiątki kilometrów tras rowerowych. Natomiast  jedzenie jakiego próbowałem nijakie. Za wyjątkiem błotnego kraba, którego zjadłem z hinduskim ziomkiem o 3 w nocy  w jakiejś budce na przedmieściach. Smakował zajebiście ale kosztował 60USD. Wiec znowu, coś za coś.. I to właściwie tyle. Ani mnie ten Singapur nie oczarował ani też nie rozczarował. Przyrównując do człowieka, to nasuwa mi się skojarzenie z kolegą ze studiów, który zaliczał na samych piątkach ale był nieco pizdowaty i nikt go nie lubił..

Najbardziej zapamiętałem chyba tamtejszy port lotniczy. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, samolot powrotny do Tajlandii miał opóźnienie (które się zresztą potem skróciło, zamknęli mi bramki i jak zwykle nie chcieli mnie wpuścić).  Ktoś sobie (jakże słusznie) wymyślił, żeby lotnisko wyposażyć w tak niezbędne elementy jak: tarasy widokowe z leżankami, fotele z masażerami, basen, siłownie, centra gier, tuziny stanowisk komputerowych i inne bonusy. Najbardziej zafascynowała mnie gra na wielkich ekranach dotykowych. W skrócie,polegała na tym, żeby ochronić lotnisko przed zgrają ptaków, robiących kupę na płytę lotniska. Nie mogłem się od tego oderwać i pobiłem 3 rekordy na dwóch różnych ekranach. Chyba po prostu nikt wcześniej w to nie grał dłużej niż 5 minut…

 

Phi Phi czyli Nowy Rok w rytmie Bongo

Nowy rok, chcąc nie chcąc witaliśmy na Phucket, na które wybraliśmy się wesołym autobusem wraz z kilkunastoma dziewojami, afroamerykańskimi DJ-ami, Polakiem i Serbem. Autokar w wersji lux, jest w Tajlandii wyposażony między innymi, w kolorowe firaneczki, skórzany sufit, toaletę dla karłów, ręcznie malowane lampki i laserowy rzutnik wyświetlający zielone serduszka na podłodze i ścianach. Dosyć stylowe zestawienie. Samo Phucket, w tym nasz hotel, wyładowane od góry do dołu Rosjanami reprezentującymi jeszcze inny rodzaj estetyki. Poubierani głównie na biało, z wzorkami sierpa i młota na koszulkach i w gustownie podgolonych fryzurach „na grzybka”. Bardziej to w sumie pocieszne, niż w jakikolwiek sposób frustrujące. Jedyny mankament, to to, że niektóre restauracje posiadają menu wyłącznie(sic!) w języku rosyjskim. Plaże bajeranckie, jedzenie pyszne a okoliczne wyspy miażdżą dotychczasowe doznania wizualne. Phi Phi (to na którym Leo Di Caprio, opalał swą pupę) trochę przereklamowane. Zapełnione do tego stopnia turystami, że trudno znaleźć skrawek miejsca na plaży. W ogóle, jeśli ktoś pamięta „The Beach” to obskurny motel w którym Leo się zatrzymuje, mieści się właśnie na Phucket (mimo, że w filmie udaje Bangkok). Wygląda tak samo syfiaście jak 12 lat temu, nigdy chyba nie przeszedł remontu i kosztuje 20zl za dobę.  Co ciekawe, pokoje trzeba rezerwować z min. 2 tygodniowym wyprzedzeniem.. Abstrahując nieco, to po zamieszkaniu w Bangkoku, nawiedzało mnie jakieś dziwne wspomnienie przy patrzeniu na szpital vis-a-vis którego mieszkamy. Poszperałem trochę w necie i okazało się, że jest to szpital Camillian, do którego Jean Claude Van Damme zawozi swojego sparaliżowanego brata w filmie „Kickboxer”.

„Kickboxera” i „Krwawy Sport” widziałem po kilkanaście albo kilkadziesiąt razy ale dziwnym trafem utkwiła mi w głowie kilkusekundowa migawka z napisem szpitala.  Anyway, w trakcie tego kilkudniowego wypadu, naczelną atrakcją było dla odmiany jedzenie. Kompletnie odmienne od tego do którego usiłujemy przywyknąć w Bangkoku. Sterty świeżutkich owoców morza, wpatrywały w nas swoje ślipia i aż skomlały o to, żeby je wszamać.  Na Phucket, mieści się zresztą restauracja mojego guru kulinarnego Keitha Floyda, ale niestety nie dane nam było jej odnaleźć.

W trakcie całodniowego wypadu na okoliczne wyspy, wszyscy spalili się na buraczany czerwony bo drajwer od łódki dawał czadu i podmuchy wiatru sprawiały, że te wychudzone dziewoje wręcz co jakiś czas szczękały zębami. Paradoksalnie, my wszyscy zwykle próbujemy zdobyć głęboką opaleniznę w kolorze kupy a Azjaci totalnie na odwrót. Za ideał piękności uważa się tu, mieszkanki północy, ze względu na ich względnie „blade lica”. W polskich sklepach z kosmetykami, królują kremy brązujące, a w Tajlandii kremy wybielające. Czasami dokładnie tych samych firm.

Sam Sylwester bez szału, chociaż przywitaliśmy go ze sceny gigantycznej imprezy, organizowanej przez fashion tv. Był nawet taki niewiarygodny grubas który podobno ów telewizję założył. Miał śliczną, młodą, azjatycką żonę i bardzo osobliwie się pocił. Plamkami wielkości dłoni w różnych miejscach na ciele. Nie mogłem się na to napatrzyć.

Niedługo po północy, zbojkotowaliśmy z Monią imprezy klubowe na które szła reszta i postanowiliśmy wrócić na romantyczną kolację, złożoną  z 6 dań. Oczywiście „thai-spicy”. Tym razym, ja wymagałem reanimacji a czucie w języku odzyskałem po dobrych 12 godzinach..

Nowy rok, leniwy, deszczowy i przebimbany. Monie połamała niedoświadczona masażystka hotelowa a ja najdalej od hotelu oddaliłem się (o zgrozo!) na kebab.. Tajskie masaże z gruntu rzeczy, są niewiarygodnie relaksujące, redukują stres i uwalniają wszeeelkie napięcie. Pod warunkiem, że trafi się na dobrych i doświadczonych masażystów. Ja miałem wczoraj nieco unikatowe doświadczenia. Założyłem spodnie do masażu w jakiś okrutnie pokraczny i poplątany sposób i wszystko mi się jakos dziwnie pozawijało.  Masująca mnie Tajka, zrobiła następnie z moich nóg nożyce i położyła się na mnie całym ciałem.  Wszystko to razem zadziałało jak jakaś prasa hydrauliczna w środku której znalazły się jakże drogie mi klejnoty. Zawyłem.. Pan obok, też miał trudne chwile, co wywnioskowałem z faktu, że pod wpływem stąpającej po nim Tajki zaczął regularnie uwalniać serię gazów..

Z samego wypadu na wyspy , głównie zapamiętałem „efekt chińskiej whisky” i kilka historii o kierowcach tuk-tuków namiętnie tnących turystów maczetami. Ale o tym kolejnym razem.

Za kilka dni Pataya, a potem Singapur.

Z ciepłymi noworocznymi pozdrowieniami dla wszystkich!

Oby los Wam sprzyjał, wiatr wiał w plecy, a słońce smagało twarze..

<J>

Few Nights in Bangkok

Po kilku pierwszych tygodniach  w Bangkoku, mogę powiedzieć, że się nim masakrycznie  jaram.

Wyobrażam sobie jak to miasto może wchlonąć. W kilka dni można tu  przepuścić wszystkie pieniądze, oddając się niezliczonym rozkoszom i przy okazji  zaprzedać dusze w niezliczonych przybytkach rozrywki . Szczęśliwie lub nie, moja Lalunia trzyma mnie z daleka od wszelakich pokus..

Doszedłem też w końcu mniej więcej do siebie po zakupie leków na kocią alergie, tygodniowym odsypianiu różnicy w czasie i masakrycznej tropikalnej grypie której skutki do tej pory odczuwam. .. Monia pracuje i castinguje praktycznie codziennie, strzelając reklamy i różne durne pisemka, a ja w międzyczasie  podążam  szlakami poleconymi zawczasu przez mych ziomków..

Zwiedzając różnorakie targowiska, kilka dni temu dotarliśmy  na Chatuchak.. To taki trochę „Krzysztof Jarzyna ze Szcecina” wszystkich światowych targow.  Jakies milion kilometrów kwadratowych wszystkiego, czego można sobie zażyczyć, a przyzwoity obiad dla dwóch osób za 10zl. Ray bany, rolexy i tony koszulek diesla czy abercrombie w mniej lub bardziej udany sposób podrobione. Monia zakupiła 40cm szpile, a ja wróciłem radosny, albowiem obładowany w kilkanaście oldchoolowych koszulek.  Większą  część  z nich jej zresztą później oddałem. Niestety, nie można tam nic przymierzać, a jak się okazuje tajskie L to taka nasza rodzima S-ka..

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Sukhumvit Market w celu zdobycia możliwie najszerszego repertuaru wiktuałów na wigilijną kolację. Grzęznąc po kostki w śmieciach, odpadkach odnaleźliśmy takie polskie specjały jak: japońska  sfermentowana kapusta, niemieckie buraki w pieprznej zalewie czy stanowiące farsz do pierogów, grzyby enoki, mun i shitake.  O dziwo, po kilkugodzinnej kulinarnej ekwilibrystyce udało nam się odtworzyć  większość znanych nam smaków i nawet udająca karpia tilapia i sledź z puszki wkomponowały się w całość. Był to chyba pierwszy posiłek tutaj, pozbawiony trawy cytrynowej, kolendry i galangalu. W ogóle kuchnia tajska, uważana przez wielu za najlepszą na świecie nie rzuciła mnie zbyt nisko na kolana. Mimo, że wertujemy stosy przewodników i podążamy szlakiem najbardziej atrakcyjnych kulinarnie miejsc  to 2 na 3 razy zaliczamy „wtopę”. Powodem jest chyba charakterystyka niektórych składników kuchni tajskiej. Albo się, to to uwielbia albo nienawidzi. W przeciwieństwie do kuchni np. śródziemnomorskiej, czy znanych u nas owoców, tutejsze rarytasy są obdarzone swą azjatycką specyfiką. Nie znam nikogo, kto nie lubiłby np. arbuza  albo spaghetti, a tutaj zjedzenie cuchnącego Duriana czy zupy z kurzych tyłków bywa doprawdy sporym wyzwaniem.

Zakup Duriana, to jest w ogóle całe przedsięwzięcie bo nie można go przewozić w taksówkach ani w publicznych środkach transportu, więc albo trzeba go kupić w okolicy albo podobnie jak my starannie zakamuflować i owinąć w trzy warstwy foliówek. Jak się okazało, nawet to nie pomogło i wiozący nas taksówkarz jeszcze długo po naszym wyjściu wietrzył swój wehikuł usiłując się pozbyć gryzącego zapachu. Co najciekawsze, to sam owoc smakuje o niebo lepiej, niż pachnie, acz nie zostałem jego dozgonnym fanem. W przeciwieństwie do “dragon-fruita” i “jack-fruita” które w świeżej postaci są absolutnie rozkoszne. Ogólnie sam Bangkok, złaziliśmy już wtę i nazad ale dzisiaj na horyzoncie pojawił się nowy cel i od jutra ruszamy śladem 16 najlepszych sanktuariów gastronomicznych polecanych przez Lonely Planet.  Głównie są to uliczne stragany, tudzież jeżdżące budki zasilane chyba węglem drzewnym ale właśnie w takich miejscach znajdywaliśmy dotychczas najlepsze frykasy. Higieną się tutaj kompletnie nie przejmują, ale można się do tego z czasem przyzwyczaić. Żołądek zresztą też po jakimś czasie nabiera wprawy w zatrzymywaniu treści pokarmowej. Dotychczas załamywałem się zapachem i warunkami sanitarnymi w chińskich budach na Piotrkowskiej. Tutaj mogłyby stanowić niedościgniony wzór dla niektórych sprzedawców. Co najzabawniejsze, akurat te najbrudniejsze zdają się serwować najsmaczniej a obsługiwani jesteśmy tam z najszerszym uśmiechem. Od początku konsekwentnie i masochistycznie zamawiamy wszystko w wersji „thai spicy”.

Godzinę temu, wzięliśmy wołowinę z wodorostami w takowej wersji i sprzedająca niewiasta oznajmiła jedynie: „ok – I make thai spicy but after no complaints ” . Monia musiała popić to litrem mleka ale do tej pory jej gałki oczne nie wróciły na miejsce. Leży tu obok wykrzywiona , ślini się i ciężko dyszy :)

Salut!

 

Bang-Cock

Bangkok był oczywiście miejscem najbardziej przeze mnie wyczekiwanym, głownie ze względu na mą Niunię którą miałem ochotę spałaszować w całości po tylu tygodniach rozłąki. Tym samym,  od tygodnia urządzamy codzienne eskapady i eksplorujemy co się da. Pomijając  gigantyczne uczulenie na mocno nieszablonowego kota z którym mieszkamy jest bajerancko. Co prawda kaszle, smarkam i charczę przez większość czasu ale humoru mi to bynajmniej nie psuje. Następnym razem zamieszczę rozbudowny post z wypadów i kulinarnych kuriozów których  próbowaliśmy w ostatnich dniach. Teraz niestety, przegrałem moją nierówną walkę z wściekłymi komarami które mnie atakowały przez ostatnią godzinę.. Ciepło pozdrawiam wszystkich, którym chce się to czytać!

<J>


Kualalala czyli Epizod w Malezji

Mało brakowało a nie dotarłbym w ogóle do Malezji bo spóźniłem się masakrycznie na samolot w Paryżu. Pomyliłem terminale i było już sporo po po odprawie jak odmeldowałęm się w opuszczonym już punkcie odpraw.. Jakimś cudem jednak, po usilnych błaganiach i wymyśleniu 2 wykluczających się historii postanowili mnie jednak wpuścić na pokład. Na lot do Paryża, też zresztą dojechałem spóźniony ale tam szczęśliwie nie robili trudności. Bilet z Francji miałem co prawda do Indonezji, która była mi wyjątkowo nie po drodze i pozostawało mi się modlić, że pozwolą mi wysiąść w trakce międzylądowania.
Ostatecznie, jakoś w jednym kawałku dotarłem do Kuala Lumpur i zameldowałem się w oldschoolowym hotelu w azjatyckiej dzielnicy. Złakniony azjatyckich potraw, w pierwszej kolejnośći spróbowałem „Drunk Dancing Frogs” i z całego serca nie mogę ich polecić.. Dwie obrane ze skóry żaby, posiekane wraz z głowami pływające w jakimś śmierdzącym płynie.. Wrażenia kulinarne opiszę zresztą w jakimś kolejnym poście po zaraz zjedzą mnie komary, dorzucę więc póki co fotki.
Z samego Kuala Lumpur, najbardziej zapamiętam oczywiście poznanych ludzi. Ściślej kilku kolesi, którzy sprawiali wrażenie Irańskiej mafii a okazali się fantastycznymi, gościnnymi i piekielnie inteligentnymi kompanami malezyjskiej uczty do której mnie zaprosili.
Tyle póki co o Kualalala..

Salut!



Bonjour Bonjour czyli Paris Je t’aime

No więc.. Witam..

Nie myślałem , że w obecnych czasach człowiek może zostać na dobry tydzień odcięty od internetu mimo wyposażenia w komputer i smartfona aczkolwiek tak właśnie stało się ze mną. Komputer mi się spalił tuż po przylocie do Malezji i podłączeniu go do gniazdka które najwyraźniej było „siłą” lub czymś co miało zasilać klimatyzację w hotelu. Telefon łapie co prawda jakieś wifi ale zazwyczaj z prędkością rodem z XX wieku..  W Bankgkoku, póki co łapie  internet na 7 piętrze condominium w którym mieszkamy, zasiadłem na półpiętrze i mam niecny zamiar popisać trochę mych wynurzeń.. Zważywszy, że to pierwszy dzień gdzie mam trochę wolnego i nie umieram z powodu „jet-lagu” to skrobnę 3 posty hurtowo.

Zaczynając od Paryża, przez który dotychczas tylko przejeżdżałem  to mogę go podsumować jednym słowem : „zajebisty”. Dokładnie taki jak się spodziewałem.  Pełen uroku, finezji, pysznego jedzenia i wina. Poza tym, Paryż jest dość prosty w obsłudze. Z mapką metra i RER nie sposób się zgubić, a wszystkie atrakcje są jasno i klarownie oznaczone. Zwiedziłem co się dało,  metodą „na czuja” i pewnie pominąłem mnóstwo istotnych miejsc, ale „oj tam, oj tam”..

Wchłonąłem na zapas gigantyczną ilość świątecznej atmosfery i sera.  Jedno i drugie okazało się mieć swoje uzasadnienie bo w upalnym Bangkoku mikołaje jakieś wypłoszone i osowiałe a kilogram zwykłego sera w granicach 200PLN.

Wracając jednak do Paryża, to wino i bagietka na Polu Marsowym czy przechylenie kieliszka nad grobem Jima Morrisona dopełniły moje ukontentowanie z tej eskapady. Wcześniej zaliczyłem takie standardy jak Plac de Varsovie(wieża Eiffla), łuk triumfalny, Notre Dame czy Plac Pigalle. Ten  ostatni, początkowo mnie rozczarował bo jest to zwykłe rondo a kasztany od Turka(który ustawił się pewnie specjalnie ze względu na Polaków) obrzydliwe.. Z drugiej strony od Placu Pigalle odchodzi cała czerwona dzielnica i tam znalazłem już ciekawsze atrakcje. Sex shopy i lokale „peep show” są ućkane jeden na drugim, mnie jednak zaniosło do Musee de l’Erotisme . Pięć pięter sztuki erotycznej, z różnych epok i ze wszystkich stron świata. Od wysublimowanych japońskich obrazów, przez bogato zdobione posągi, po totalne „hard porno” na czwartym piętrze. Zdecydowanie powinno się to to zwiedzać w parach, bo sam wyglądałem nieco kuriozalnie..

Cudownym dodatkiem byli ludzie z którymi mieszkałem, w postaci tercetu Kandyjsko-Belgijsko-Austarlijsko-Irlandziego. Najprościej było nam się zwracać do siebie komunikatami: Hey Canada czy Hey Poland..  Cztery megaciekawe osobowości, a zwiedzanie, rozmowy i biesiadowanie z nimi było wisienką na torcie tego krótkiego paryskiego epizodu..

 

 

<J>




1st one :) “Preparazione”

Fak :) Jeśli istnieje coś, co potrafi osłabić do absolutnego zera, entuzjazm z wybywania w świat to są to właśnie przygotowania i nade wszystko pakowanie.. Tym gorzej, jeśli na wiekszości tras wybrało się w miarę ekonomiczny wariant z 15 kilogramami bagażu.. Teoretycznie każdy doświadczony globtrekker powiada, że wystarczy po 2 komplety spodni, koszulek i bielizny. Niestety, nie tam gdzie się wybieram. Gdzieniegdzie będzie lejący się z nieba skwar, a gdzie indziej: „Ja pierdolę ale zimno..”

Na 3 dni przed wyjazdem postanowiłem ustalić „pi x oko” wagę rzeczy które zamierzam tachać i wg moich kalkulacji wychodzi ze 100 kilo.. Co gorsza zrobiłem megapranie i póki co, uwzględniłem może 1/3 ciuchów które zamierzam upakować..

W ramach oszczędności miejsca, genialnym pomysłem było wypsztykanie z listków wszystkich lekarstw i upakowanie nieoznakowanych medykamentów i fajek po metalowych pudełeczkach. Pozostaje złudna nadzieja, że każda kontrola celna przymknie oko na setkę kolorowych tabletek..

Z drugiej strony nie opłacało się jeszcze raz kupować. Najwyżej wybiorę z 10 i zjem na oczach celników.  Mądrym posunięciem były także, świeże tatuaże i wygolenie sobie głowy a’la panowie z San Quentin Prison..

Kończąc tym pozytywnym akcentem, idę się zmagać z rozmieszczaniem tego wszystkiego po dwóch małych plecaczkach. Kolejny post z Paryża, a jeszcze kolejny prawdopodobnie z malezyjskiego lub tajlandzkiego aresztu… :)

Salut!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

“A good traveler has no fixed plans and is not intent on arriving.” – Lao Tzu

Pierwsze posty, tuż po starcie. 08.12.11!