About me

Projekt Banana Jack to trochę upośledzony “travel-blog” który powstaje z potrzeby chwili i pisze go trochę wbrew sobie, ale nie przychodzi mi inny pomysł na utrwalenie przemyśleń (tych niewiele, bo nie mam ich znowu tak dużo) oraz zdjęć (tych będzie nieco więcej) i doznań kulinarnych (najwięcej!) z podróży. Wyekspediować się postanowiłem nieco pod wpływem impulsu ale za to z rozmachem.  Ów rozmach ma obejmować minimum 13 zaplanowanych państw i prowadzić przez Azję, Australię, Afrykę i obie Ameryki. Wszystko w imię zasady aby zadbać za młodu o kolejne wspomnienia na starość

Bardziej, niż na zabytki jestem zorientowany na doświadczenia, przeżycia i przede wszystkim ekstremalne wrażenia kulinarne w odwiedzanych miejscach. Nastawiłem się już psychicznie na jedzenie całego tego tałatajstwa, z larwami, dżdżownicami i kogucimi łbami na czele.  Właściwie jedyne rozeznanie jakie zrobiłem przed wybyciem to: jak w międzyczasie zdobywać lokalną walutę oraz w jakich przybytkach gastronomicznych i na jakie kurioza i ekstrawagancje ją wydawać.

W oparach absurdu codzienności

Najważniejsza w tej idei jest sama przygoda. Odkładam na jakiś czas robienie doktoratu, prace trenera i codzienne obowiązki w firmie. Kosztem niewielkich wyrzeczeń, udało mi się szczęsliwie wszystko zorganizować i dograć tak, że prawdopodobnie będę miał do czego wracać. Dobiło mnie trochę życie, w którym po prostu siedzę na dupie. Monotonia dnia codziennego, codzienne zapieprzanie do pracy, spotykanie tych samych ludzi i rozwiązywanie tych samych problemów.. W podróży nigdy nie wiadomo co wydarzy się jutro i gdzie się zatrzymamy czy kogo spotkamy. Mamy tym samym bardziej realny wplyw na kreowanie wlasnego losu.

Mimo, że z początku tego nie planowałem to być może uda mi się zrealizować ideę „work & travel”, dzięki czemu będę mógł podróżować w sposób mniej oszczędny. Okazało się, że dużym ułatwieniem jest tu posiadanie własnej firmy (z niezliczoną ilością kodów PKD) i co za tym idzie możliwość wystawiania międzynarodowych faktur. Popisałem trochę maili, i jak dotąd kilka instytucji akademickich i szkoleniowych z Australii czy Indonezji które zaoferowały mi pracę wyraziły zgodę na taką formę rozliczeń. Odpadają tym samym skomplikowane procedury wizowe i pozwolenia na pracę a repertuar sposobów zarobkowania w poszczególnych krajach obmyśliłem sobie dość spory.

Pierwszym dłuższym przystankiem będzie świąteczna wyprawa do Tajlandii gdzie odwiedzam moją Chiqoritę. Z braku koordynacji rozsądnych lotów, poprzedzona tygodniowym pobytem w Paryżu. W ramach tych kilku dni mam zamiar pooddawać się nieskończonym rozkoszom podniebienia w wydaniu europejskim. Potem przed długi czas już tylko fikuśne azjatyckie potrawy. Im dziwniejsze, tym lepiej.

Nabranie perspektywy do świata i samego siebie.

Co do kolejności odwiedzin w poszczególnych krajach, to mam jeszcze organizacyjny mętlik i nie mam zamiaru kurczowo trzymać się planu. Na razie, grafik i zakupione bilety obejmują Malezję, Tajlandię, Singapur, Australię i Nową Zelandię.  Potem, na krótki czas, będę się ewakuował na Czarny Ląd.  Mam nadzieje, że opuszczając Oceanie uda mi się zapakować ze sobą, moją rezydującą w Azji niunię. Sama trasa na pewno przebiegnie przez państwa z rozkładu ale mam nadzieje zapałętać się także do kilku innych.  Jadę bez map, przewodników i wielomiesięcznych przygotowań, za to z wieloma celami do wykonania.  Począwszy od lotów Gibona w Tajlandii przez Australijski outback czy pływanie z rekinami w Cape Town.  Najważniejsi będą jednak spotkani po drodze ludzie, bo to oni bywają natchnieniem i to najczęsciej ludzie a nie miejsca uczą nowego spojrzenia na świat.  W zanadrzu mam elastyczne podejście, kilka planów B i nieopisane wręcz pragnienie przygód.

Pierwsze wrażenia zaploaduje niedługo po starcie, o ile tylko dokończę tego bloga od strony konstrukcyjnej..

Salut!